Są takie osoby, w wypadku których talent czuje się od razu. Jeżeli jednak razem z talentem idzie niezwykła skromność, wtedy można mówić o sukcesie. Jakie ma plany na przyszłość? Czy jeszcze kiedyś usłyszymy go z Ralphem Kaminskim? Co u niewidzialnego aktora? O to wszystko zapytałam Pawła Izdebskiego.

2012 rok, Paweł wybiega z fabryki trzciny cukrowej i mówi, że dostanie się do „Bitwy na głosy” to najlepsze uczucie w jego życiu do tej pory. Dalej tak uważasz?

Tak, wtedy czułem, że to był zdecydowanie najlepszy dzień w moim życiu. Uważam to z resztą za pewien rodzaj przeznaczenia. Od tego czasu wydarzyło się wiele rzeczy, które ciągną się aż do teraz. Z tym programem związana jest też bardzo fajna anegdota. Miałem przyjemność bycia w najbardziej artystycznej grupie, u Pauliny i Natalii Przybysz. Z całego tego programu tak naprawdę pamiętam jeden dzień, kiedy dziewczyny zaprosiły nas do swojego domu i mieliśmy magiczny wieczór integracyjny. Paulina przyniosła kociołek, postawiła go na środku pokoju. My usiedliśmy dookoła i wrzucaliśmy do kociołka nasze marzenia spisane na kawałku papieru. Później kartki zostały spalone. Ja, trochę dla żartu, bez wiary w siebie, napisałem „dostać się do szkoły muzycznej”. Rok po programie dostałem się do szkoły muzycznej z ostatniego miejsca listy rezerwowej. Wtedy przypomniałem sobie tamten dzień i doszedłem do wniosku, że nie wierzenie w przeznaczenie jest sporym błędem. Oczywiście nie można tego brać jako pewnik, ale jeśli ten głupi dzbaneczek naprawdę zadziałał to wszystkie nitki w życiu gdzieś się łączą.

Pociągnijmy temat „Bitwy na głosy”. Zauważyłam, że sporo głównych głosów Accantusa brało udział w tym programie. Myślisz, że wzięcie udziału w tym przedsięwzięciu ma realny wpływ na Twoją karierę?

Ludzie lubią negować, że takie programy nie mają wpływu. W „Bitwie na Głosy” był Kuba Jurzyk i Paweł Skiba. Kuba po programie robił chórki u pierwszoligowych artystów. Jeśli w programie pokażesz się z dobrej strony i dasz się zauważyć to mogą z tego wyniknąć ogromne pozytywy. Oczywiście, jest też sporo minusów, ale mówienie „nie idź do programu bo..” jest błędne. Jeżeli ktoś wie po co idzie, ma na siebie plan i jakąś swoją historię, niekoniecznie smutną, to może bardzo dużo zyskać.

Jak to się stało, że możemy słuchać Twojego wokalu w Accantusie?

Dla mnie to bardzo zabawna rzecz, bo w Accantusie znalazłem się przypadkiem. Ludzie często pytają jak się dostać do studia. Chciałbym móc odpowiedzieć na to pytanie, ale ja nie mam pojęcia jak to zrobić. Jak to często ze mną bywa, byłem w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Kuba zaprosił mnie do nagrania „Gravity” Johna Mayera. Grałem mu na gitarze i robiłem chórki. Przypadkiem Bartek Kozielski, reżyser Studia Accantus nagrywał ten cover. Z resztą, Bartek na początku nie planował współpracy ze mną. Po czasie wynikło kilka spotkań, wspólne wyjścia na piwo i w żartach padła propozycja, żebym zaśpiewał. Czasem nie chodzi o to, żeby mieć najpiękniejszy głos, bo ludzie szukają do współpracy osób, z którymi czują się dobrze. Tak było w moim przypadku.

Który cover nagrany w Studiu Accantus uważasz za najbliższy Twojemu sercu i dlaczego?

Najwięcej pracy i czasu poświęciłem utworowi „Nie miało być tak” z musicalu Jesus Christ Super Star. To nie jest mój ulubiony utwór muzycznie, ale na nim rozwinąłem się najbardziej aktorsko, interpretacyjnie i muzycznie. Najwięcej razy wkurzałem się sam na siebie, ale poczułem też, że zrobiłem progres. Moim ulubionym coverem jest za to „Być tam” w wykonaniu Marcina Franca.

Przez kilka lat grałeś z Ralphem Kaminskim. Jakie uczucia towarzyszą odejściu z zespołu?

My się z Ralphem rozstaliśmy w przyjacielskiej relacji. Pożegnał mnie w wypełnionym po brzegi Palladium, podczas koncertu ze śmietanką polskich artystów. Poczułem się bardzo doceniony, z resztą Ralph mnie zawsze chwali i ciężko mi się do czegoś przyczepić. Pamiętam dzień, w którym poprosiłem go o rozmowę. Powiedziałem mu wtedy, że chcę się zająć sobą i być na jego miejscu, bo zwyczajnie zazdrościłem mu kontaktu z publicznością. Ralph powiedział, że będzie mu smutno, jednak nie to było najważniejsze. Usłyszałem od niego o wiele piękniejsze słowa, ponieważ powiedział, że na moim miejscu zrobiłby to samo i to było chyba najcudowniejsze w tym spotkaniu.

Twoja współpraca z Ralphem to temat definitywnie zamknięty czy może zostawiliście sobie otwartą furtkę?

Ja powiedziałem Ralphowi, że jak będzie mnie bardzo potrzebował to ma dzwonić. Nie sądzę jednak, żeby była taka potrzeba, bo Kuba się sprawdza świetnie. Jestem teraz zajęty sobą, choć to brzmi narcystycznie. Mój solowy projekt pochłania teraz bardzo dużo czasu i to na nim staram się skupić. Jeśli jednak dostanę telefon w nocy o północy to Ralph może na mnie liczyć.

Grasz recitale, koncerty symfoniczne i koncerty klubowe, a do niedawna także festiwale. Który typ występu lubisz najbardziej?

Powiem wprost: nie wyobrażam sobie zagrania w miejscach, w których zagrałem ze Studiem Accantus. Czy Paweł Izdebski jest w stanie wypełnić salę kongresową w Krakowie? Nie wydaje mi się. Nigdy nie zapomnę koncertów symfonicznych. To, że słuchały mnie tysiące osób to uczucie nie do opisania. Wydaje mi się jednak, że do końca życia pozostanę człowiekiem, który najlepiej czuje się z gitarą w kameralnym miejscu. Najbliższe mojemu miejscu są zamknięte przestrzenie z ciekawym klimatem. Miesiąc temu zagraliśmy w Łodzi z Kasią Mazurkiewicz. To był ciasny korytarz, ale na każdej ścianie w regularnych odstępach wisiały impresjonistyczne obrazu. Czułem się tam jak w swoim małym artystycznym domu. Takie miejsca najbardziej mnie kręcą.

Kto jest Twoją największą inspiracją muzyczną?

Nie da się wymienić jednej osoby, muszę powiedzieć o Top 5. Mój bezpretensjonalny numer 1 niestety już nie żyje i jest nim Jeff Buckley, do którego brzmienia dążę. Po nim jest John Mayer, bóg gitary. Trzeci w kolejce jest mój wzór charyzmy Paolo Nutini, na którym się bardzo mocno wzoruję, zwłaszcza, jeśli chodzi o śpiew. Później jest Glen Hansard, który napisał cudowne „Once” i do tej pory pomimo Oskara za „Falling Slowly” wychodzi na ulice w Dublinie i gra. Na piątym miejscu są ludzie, do których zawsze wracam. Damien Rice, Tracy Chapman, czasami Sheryl Crow, jeśli mam ochotę na country. Jak ktoś się przyjrzy to zobaczy, że są to artyści mocno gitarowi.

Z kim chciałbyś nagrać duet?

Nie wiem czy byłbym w stanie wykrztusić coś na scenie, ale moim marzeniem jest zagranie piosenki „Everybody Here Wants You” z Jeffem Buckley’em. Teraz liczę na cud, bo 17 lipca jadę do Berlina na koncert Tylera Hiltona, przez którego zacząłem grać na gitarze i śpiewać. Chcę napisać do menagmentu żeby spróbować wyjść na scenę i zaśpiewać z nim. Biorę ze sobą swoją gitarę Rachel, może uda się zdobyć autograf Tylera.

Który z Twoich instrumentów jest Twoim ulubieńcem, a może nie faworyzujesz ich?

Mam sporo instrumentów. Znajdzie się nawet gitara basowa, która nosi imię Pati. Nie używam jej zbyt często, bo z instrumentów strunowych najdalej mi do basu, ale od czasu do czasu super jest pograć takie niskie dźwięki. Ukulele Nala, gitara akustyczna Stella, z którą przeszedłem najdłuższą drogę, ale która została bezczelnie zdradzona z obecną, Rachel. Rachel kupiłem miesiąc temu na olx za 150 zł, odnowiłem za trochę więcej. Ta gitara była stracona, w ogłoszeniu widniała treść, że albo ktoś ją kupi albo zostanie wyrzucona. Gitarę odnowiono w TomoGuitars – z tego miejsca pozdrawiam Pana Tomka, jest Pan najlepszy. Gitara elektryczna nazywała się Rita, ale po przemalowaniu w indiańskie wzory zmieniła nazwę na Pocahontas. Niedawno kupiłem kolejnego elektryka, niebieskiego potwora. Jest jeszcze bezimienna, ale mam nadzieję, że niedługo się to zmieni.

Czy popularność zmieniła coś w Twoim życiu?

Przez ostatni rok zmieniło się sporo. Jestem rozpoznawalny po troszku, ale w bardzo przyjemny sposób. To moment w którym jestem rozpoznawany np. raz. Ludzie uśmiechają się, zbijają piątki. Charakterystyczne są też szepty na przystanku. Czasem ktoś podejdzie i powie, że lubi to co robi. Jest to strasznie miłe, zwłaszcza, że  ja zawsze tego chciałem.

Jaka jest najśmieszniejsza rzecz, którą usłyszałeś lub przeczytałeś na swój temat?

Najbardziej zapamiętałem komentarz pod coverem „Przez Te Oczy Zielone”. Po pierwsze, w moim tytule jest błąd, bo w oryginale jest „Twe”, ale mi bardziej podoba się „Te”, więc tak zostało. Po drugie, naprawdę się walnąłem i zrobiłem błąd. Ludzie ciągle mi to wypominają, dostaję komentarze „Koleś, tam jest twe”. Zawsze wtedy mam ochotę odpisać na Caps Locku „Serio?”. Pod tym samym filmikiem jest też komentarz „jęczy jak stara krowa na pastwisku”. Wykorzystuję ten komentarz na każdym koncercie.

Co skłoniło Cię do nagrania coveru „Przez Twe Oczy Zielone”?

Według hejterów zrobiłem to dla sławy i fejmu. Prawda jest zgoła inna. Wypiłem dwa piwka i chciałem nagrać piosenkę dla pewnej dziewczyny, for fun. Wysłałem to do niej i do swojego przyjaciela, Grzegorza Madziaka. Grzesiek miał mieszane uczucia kiedy zapytałem, czy mam to wrzucić na YouTube. Zaryzykowałem, chociaż opublikowałem to z myślą, że usunę to następnego dnia. Wstałem rano a tam 20 000 odsłon. Okazało się, że nikt wcześniej nie przerobił disco polo na bluesową balladę. W tej chwili dostaję filmiki na których ludzie wybierają to jako pierwszy taniec weselny.

Porozmawiajmy chwilę o „Balonie”. Ile trwały prace nad teledyskiem? Co było główną inspiracją?

Teledysk powstał bardzo późno, bo miał powstać zaraz po akcji na wspieram.to. Nie miałem jednak na niego pomysłu, co trochę mnie przeraziło. Zwróciłem się do mojej znajomej scenarzystki, Olgi Izdebskiej. Fun fact: nie jesteśmy rodziną, po prostu się znamy. Rok od pierwszej rozmowy z Olgą udało się wszystko ogarnąć. Olga załatwiła wszystko, znalazła Adę Stalewską, która idealnie pasowała do roli dziewczyny którą widziałem w tym obrazie. Cały teledysk był nagrywany od świtu do 22:00. Mieliśmy dosyć okrojony budżet, dlatego nie miałem skąd wziąć latającego dywany albo wielbłądów.  Nie chciałem żeby to był typowy teledysk z ładnymi widokami i pocałunkami. Zależało nam na miejscu, w którym nikt nie będzie nam przeszkadzał. Mieliśmy kamerę tylko na jeden dzień, co nie ułatwia zadania. Olga wymyśliła scenariusz, który miał fabułę i ja po obejrzeniu tego dziesięć razy przestałem być obiektywny. Wydaje mi się, że to nie jest teledysk, który jest łatwy prosty i przyjemny, ale nie chcę zdradzać szczegółów.


Planujesz ruszyć z trasą po Polsce?

Nie grałem solowych koncertów przez rok. Miesiąc temu zagrałem w Łodzi dla 80 osób, tydzień temu dla 150 osób w Krakowie. Zastanawiałem się dlaczego pojawiają się te sold out i doszedłem do wniosku, że wynika to właśnie z nieregularności. Ludzie są ciekawi, co ja właściwie robię, o czym mówię, co ubieram na koncerty. Jest kilka niespodzianek podczas moich występów. Razem z Kasią Mazurkiewicz mamy repertuar, który układa się w podróż muzyczną. Wybieramy bardzo specyficzne miejsca i to jest fajne. Nie sądzę, żebym się sprawdził grając dzień po dniu. Ja się długo zbieram do koncertów, lubię sobie o nich pomyśleć, ułożyć co powiem gdzie i tak dalej. Jestem też strasznym utrudnieniem dla organizatorów, którzy mnie zapraszają. Zadaję masę głupich pytań, ale ja muszę poczuć, że chcę tam jechać.

Twoja EPka ma już prawie rok. Kiedy fani mogą spodziewać się nowości?

Nowa płyta ukaże się na przełomie 2019/2020 roku. Mam pomysł na dziwną rzecz, ale myślę o czymś większym, typu 16-20 utworów. Zbieram materiał, kilka numerów jest już gotowych. Po EPce zmieniam podejście do songwritingu. Chcę w tym albumie zawrzeć więcej swojego życia a  mniej pisania na zasadzie zwrotka refren zwrotka refren. Ta płyta będzie miała zdecydowanie więcej spontaniczności. Proces twórczy będzie polegał na zamknięciu się w pokoju, wypiciu szklanki whisky i graniu całą noc na gitarze. Chcę łapać momenty, w których będą przechodziły mnie ciarki. To narcystyczne, ale po przeczytaniu sporej ilości wywiadów z różnymi artystami zrozumiałem, że lekceważymy momenty, które uznajemy za bezsensowne i nieistotne, a one są najważniejsze.

Dlaczego postanowiłeś w całości samemu wydać „Księcia Naiwności”?

Długo żyłem american dream, liczyłem na to, że przyjdzie producent, da mi milion złotych, wyda płytę a ja będę tylko śpiewał. Niestety, tak to nie działa. Widziałem jak przebiegał proces powstawania „Morza” Ralpha. Widziałem, ile pracy w to włożył, ile telefonów wykonał, żeby coś się udało. Ralph pokazał mi co znaczy „umiesz liczyć – licz na siebie”. EPka to piosenki, które napisałem wcześniej, ale zostały nagrane trochę na szybko. Uznałem, że czas leci, ja się starzeję. Chciałem coś wydać, mieć za sobą jakiś zamknięty temat. Uznałem, że jeżeli się za to nie wezmę to będę brał kolejne projekty a tak naprawdę nie skończę tego, na czym najbardziej mi zależy. Kolejna płyta powstanie dzięki temu, że powstał „Książę”. EPka jest poniekąd moim pożegnaniem z dzieciństwem, chociaż w pewnym stopniu ono dalej trwa. Przestałem obiecywać, zacząłem robić.

Przed Tobą występ na deskach Teatru Roma w musicalu „Once”. Stresujesz się?

Myślę, że tutaj dużą rolę odegrało Studio Accantus, dzięki któremu liznąłem trochę aktorstwa. Nie boję się grać. Rok temu śmiałem się z Bartkiem Kozielskim, że fajnie byłoby raz w życiu zagrać w jakimś musicalu. Udało się, zagram na deskach największego teatru muzycznego w Polsce. Wydaje mi się, że śnię, ale są już podane daty. 30 czerwca i 14 lipca zagram dwa spektakle w roli Eamona. Cieszę się strasznie, bo oficjalnie zagram z nut Glena Hansarda. Spektakl jest cudowny, przez dwie godziny wszyscy gramy, śpiewamy i tańczymy. Nadal nie wierzę w to, że zagram w swoim ulubionym musicalu.

Jak się ma Twój niewidzialny aktor?

Jeśli chodzi o współpracę z niewidzialnym aktorem na tę chwilę załatwiam mu kilka kontraktów za granicą, głównie w okolicach Buenos Aires i Sosnowca. Największy problem jest z przelotami, ponieważ w Sosnowcu nie ma pełnowymiarowego lotniska.

Komenatrze

komentarz