Na początku przeczytałam line-up Tauron Life Festival Oświęcim i byłam zachwycona. Chwilę później dostrzegłam miejsce, w którym odbywał się festiwal i mina mi trochę zrzedła. Czy mój strach okazał się słuszny? Zapraszam do przeczytania relacji z festiwalu życia i wolności.

Powiedzieć, że byłam zaniepokojona wielkością stadionu w Oświęcimiu to jak powiedzieć, że w nocy jest minimalnie ciemniej niż w ciągu dnia. Nie ukrywam tego: bałam się, że fani Carlosa Santany czy Europe zwyczajnie się tam nie pomieszczą. Na miejscu okazało się, że mój lęk był czystą głupotą. Teren festiwalu był na tyle duży, że znalazło się miejsce i dla osób chcących potańczyć pod sceną, i tych, którzy wolą słuchać muzyki leżąc na kocu. Nie zabrakło też atrakcji dla najmłodszych, takich jak fotobudka czy malowanie koszulek i toreb. Miłym zaskoczeniem okazał się fakt, że w obu miejscach można było stworzyć coś kreatywnego za przysłowiowy uśmiech. Czas jednak na opis tego, co działo się na scenie, a że działo się dużo, to podzielę to na sekcje związane z muzykami, proszę mi wybaczyć.

Jako pierwsi scenę we władanie wzięli członkowie zespołu Wiewiórka na Drzewie, czyli zwycięzcy tegorocznej edycji konkursu Life On Stage. Żywiołowe ska ekipy z Gliwic rozkręciło publiczność już pierwszymi dźwiękami.

Zespołowi Blue Cafe energii również nie brakowało. Dominika Gawęda podkreślała, że “wszyscy jesteśmy wyjątkowi i piękni”, a publiczność mogła usłyszeć wielkie przeboje zespołu w nowych aranżacjach oraz piosenki z nadchodzącej płyty “Double Soul”. Wyciskaczem łez okazała się piosenka “Hallelujah” zaśpiewana w wyjątkowy sposób, z udziałem publiczności.

Uniesień nie brakowało także podczas występu Alvaro Solera, choć muzyka artysty to, jak sam przyznaje, celebracja życia. Na początku koncertu niespodzianka czekała fanów serialu “Narcos”, których wśród publiczności na pewno było wielu. Wokalista uraczył ich swoją wersją piosenki “Tuyo” będącej motywem przewodnim tej produkcji. Kiedy zabrzmiały hity, takie jak “El MismoSol” czy “Agosto”, okazało się, że Polacy świetnie radzą sobie z hiszpańskim. Tłum zgromadzony pod sceną bawił się świetnie również przy piosenkach z nowej płyty, co nie powinno dziwić – “La Cintura” sprawia, że biodra same idą w ruch. Wokalista dbał zresztą o to, by wszyscy na jego koncercie czuli się dobrze. Nie można mieć wątpliwości, że Alvaro Soler naprawdę uwielbia polską publiczność.

Największe emocje wzbudził jednak występ legendy – Carlosa Santany i jego zespołu. Mogliśmy oczywiście usłyszeć wielkie przeboje, jak “Smooth” czy “Maria Maria”, ale pojawiły się także nowe kompozycje. To niewiarygodne, jak wiele Santana potrafi wydobyć z instrumentu. Gitarzyści obecni wśród publiczności z pewnością bacznie obserwowali technikę mistrza podczas zbliżeń na telebimach. Na pochwały zasługuje jednak cała ekipa, która prezentowała najwyższy poziom umiejętności. Podczas jednej z piosenek dołączył do niej nawet dyrektor festiwalu, Darek Maciborek, który grał na tamburynie.

Dźwięki, które mogliśmy usłyszeć, nie są wyłącznie wynikiem techniki i długich lat ćwiczeń, ale, może przede wszystkim, duchowego podejścia Santany do muzyki. “Chcemy uleczyć naszą planetę poprzez ludzkie umysły. Potrzebujemy wspólnoty, harmonii i radości” – mówił ze sceny artysta. „To piękny festiwal. CNN, BBC i inne telewizje wciskają nam kit. To jest to miejsce i czas, w którym musimy pokonać strach. Chcemy stworzyć zupełnie nowy świat. Jak w piosence The Doors: we want the world and we want it now! Dziękuję, że tu jesteście i tworzycie to razem z nami.” Carlos Santana tymi słowami i całą twórczością wpisuje się w poczet artystów, którzy szerzą ideę pokoju. Właśnie dlatego otrzymał drugą w historii TLFO statuetkę Peacemakera.

Piątkowy wieczór zakończył się występem młodych gwiazd europejskiej sceny alternatywnej, czyli węgierskiego zespołu Vera Jonas Experiment. Liderka zespołu, Vera, wyznała, że jej przodkowie zginęli w Auschwitz, więc to miejsce również i dla niej ma szczególne znaczenie.

Wstyd się przyznać, ale na sobotni, drugi dzień koncertowania niestety nie dojechałam, czego ogromnie żałuję. Jedno jest pewne: już teraz szykuję się na kolejną edycję festiwalu, ponieważ opuściłam go przepełniona endorfinami i szczęściem. Czy to rytmy Alvaro, czy Carlosa, a może ogólna energia festiwalu? Nie mam pojęcia, ale za rok sprawdzę to jeszcze raz!

Komenatrze

komentarz