Marta Bijan to wokalistka, którą szersza publiczność poznała dzięki programowi X-Factor. W rozmowie z Mad-Music Marta opowiedziała o swoich pierwszych krokach w muzyce, nadchodzącej płycie oraz zdradziła, czemu nie jeździ na festiwale muzyczne.

Sandra Kostromska: W muzyce pierwsze kroki stawiałaś bardzo wcześniej, bo jako 4-latka. Pamiętasz swój pierwszy występ?

Marta Bijan: Pamiętam, że wtedy śpiewałam tylko dlatego, żeby dostać lizaki w przedszkolu, bo były takie konkursy na balach przebierańców, a mama zawsze mi zabraniała lizaków, bo miałam problemy z zębami. (śmiech) Wtedy to była forma przekupstwa. Później nastąpiła przerwa i tak naprawdę odkryła mnie pani w pierwszej klasie podstawówki, tak na poważnie. Zaśpiewałam piosenkę z Akademii pana Kleksa „Jak rozmawiać trzeba z psem”. Zaśpiewałam to pani od muzyki i oczy wyszły jej z orbit. Mi się wydawało, że śpiewam normalnie, a ona była zachwycona. Przemyciła mnie do zespołu, gdzie byłam najmłodsza. Zaczęła mnie wysyłać na akademie, apele. Na początku nie miałam żadnego problemu z tremą i zawsze chciałam być w centrum uwagi. Tak było do gimnazjum, dopóki dzieci nie zaczęły mnie wytykać palcami. I to śpiewanie na apelach zaczęło mi trochę przeszkadzać, zauważyłam, że ludzie mnie przez to nie lubią. Nie wiem, czy przez zazdrość, czy ja się jakoś głupio zachowywałam. Kiedyś byłam taką gwiazdoreczką i gwiazdorzyłam jak byłam mała, a potem w liceum wszystko się odwróciło. Zaczęłam być szarą myszką. Ale jeśli chodzi o śpiewanie pamiętam, że na początku się czułam jak ryba w wodzie, a potem straciłam pewność siebie i te występy publiczne zamieniły się w siedzenie w domu i pisanie smutnych piosenek. Co jak widać poskutkowało, bo coś tam mi wyszło, ale zupełnie inaczej się to teraz odbywa. (śmiech)

Sandra: Miałaś moment zwątpienia, myślałaś, że chciałabyś jednak robić coś innego w życiu?

Marta: Jako dziecko w szkole, paradoksalnie, nigdy nie mówiłam, że będę piosenkarką. Chciałam być weterynarzem, farmaceutką, lekarzem. W gimnazjum patologiem sądowym. (śmiech) Nigdy nie myślałam tak naprawdę, by zajmować się muzyką. Dopiero parę lat temu zauważyłam, że da się z tego żyć. Udało mi się, bo miałam ogromne szczęście, zostałam zauważona. Uzbierało się grono odbiorców. Tak naprawdę mam ogromne szczęście i grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Ale widzę, że czasami nie mam chyba do tego charakteru, bo ja jestem zbyt wrażliwa na to, żeby się wpychać wszędzie, żeby być na szczycie showbiznesu. Nie potrafię, dlatego cały czas jest taka sinusoida w moim życiu, raz jestem na górze, raz gdzieś głęboko w dole.

Sandra: Ale masz grono odbiorców, więc Twoja muzyka broni się sama.

Marta: Jest to specyficzna grupa, bardzo podobna do mnie. Mam wrażenie, że są to ludzie wrażliwi na świat, więcej się boją, więcej myślą. Myślę, że utożsamiają się z tym i ucieszyli się może, że nie są sami, bo ja przesadzam z tymi smutnymi piosenkami, ja nie potrafię napisać wesołej piosenki.

Sandra: Dajesz swoim słuchaczom autentyczną siebie.

Marta: Ja nawet bym nie potrafiła udawać, nawet jakbym chciała. Nie udawało mi się to w programie rozrywkowym, byłam taka przygaszona. Później jak to oglądałam to byłam zdziwiona, że ktoś na mnie głosował, bo ja bym wyłączyła to po prostu, patrząc na swoją minę, jakbym rzeczywiście była tam za karę. (śmiech)

Sandra: Z perspektywy czasu, myślisz że Twój występ w programie X-Factor dał Ci coś pozytywnego?

Marta: Teraz bardzo doceniam, bo bez tego by nie było nic dzisiaj. Nie miałabym ani kontraktu, ani płyty, która za niedługo już się pojawi. Na pewno nie mogłabym się utrzymywać z muzyki. Nie wiem co bym robiła w tym momencie tak naprawdę. Trochę czasu minęło, zajmowałam się różnymi rzeczami przez te parę lat, nie tylko muzyką i po prostu widzę, że się nie nadaję do niczego innego. (śmiech) Inne zawody, czynności zawodowe sprawiają mi ogromną trudność i przez to, że zasmakowałam jak jest żyć z muzyki to nie wyobrażam sobie, aby było inaczej. Więc dużo dał mi ten program, bo dzięki niemu mogę docierać do szerszego grona osób. Wcześniej to grono jakieś tam było, ale takie bardzo malutkie. A dzięki temu programowi rzeczywiście sporo osób o mnie usłyszało i ta rzesza odbiorców się powiększyła.

Sandra: Wyreżyserowałaś klip do „Śpiącej Królewny”, zaczęłaś studia na Warszawskiej Szkole Filmowej. Czy obawa, że kiedyś przestaniesz robić muzykę jest słuszna?

Marta: Jakiś czas temu mówiłam to, że jak szłam do szkoły filmowej zaczął mi się taki moment, że z tą muzyką się tak średnio układało. Mówię o muzyce jak o facecie, ale to już tak jest, że żyję takim specyficznym trójkącie, bo muzyka dla mnie jest po prostu jak miłość. Zawsze tak będzie. Wtedy było nam nie po drodze ze sobą. Wydaje mi się, że wtedy wybrałam ten film jako taki substytut, myślałam, że mi to zastąpi w jakiś sposób muzykę. Nie mówię, że się tym nie interesuję, bo nadal bardzo mnie fascynuje film, ale nie mam już takiej presji, żeby kręcić filmy, bardziej wkręciłam się teraz w teorię. Zmieniłam też kierunek. Byłam na reżyserii, teraz jestem na filmoznawstwie. Robimy dużo rzeczy, ale to nie jest już typowa reżyseria, także nie ma już w ogóle obaw, że przestanę śpiewać.

Sandra: W tym roku minęło 6 lat od opublikowania na YouTube Twojej pierwszej piosenki „Ciemno”. Opowiedz, co zmieniło się w Tobie jako artystce od tego czasu.

Marta: Jeżeli chodzi o tematykę utworów i klimat to w ogóle się nie zmieniłam, ale wtedy pisałam ten utwór nie mając świadomości, że to dotrze do kogoś. Ja sobie pisałam kompletnie dla siebie i nie miałam pojęcia, że to ujrzy światło dzienne. Nawet wrzucając do internetu myślałam, że zobaczą to moi znajomi i rodzina i tyle, na tym się skończy, bo tak to się niestety zazwyczaj kończy. Zwłaszcza, że wtedy YouTube nie był taki rozwinięty i nie było tam tak dużo twórców. A to jakoś się wydarzyło i właśnie dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że w ogóle ta muzyka to jest coś czym ja się mogę zajmować, że ja potrafię pisać piosenki. Więc na pewno zmieniło się to, że mam świadomość tego, że nie robię tego doskonale, jak ktoś powie, że jestem kompozytorką to mi się chce śmiać bo to słowo kojarzy mi się z wybitnymi ludźmi, którzy myślą muzyką, a ja sobie tylko plumkam na keyboardzie. Ale zdaję sobie sprawę ze tego, że potrafię to robić lepiej niż cokolwiek innego i to najlepiej mi wychodzi w życiu. Wtedy byłam tego nieświadoma.

Sandra: Jesteś pewniejsza siebie.

Marta: Tak. W muzyce tak, ale jak wychodzę na scenę to kiedyś było lepiej. (śmiech) Ale to ma związek z różnymi sytuacjami, które mi się przytrafiały w drodze, głównie niestety liceum na mnie podziałało bardzo niszcząco, jeśli chodzi o moją samoocenę i ciężko mi z tego wyjść, mimo, że jest już wszystko OK, to gdzieś tam te nieszczęścia z młodości się zakleszczają i nie wiem, czy to się w ogóle da wyrzucić z siebie. Niby nic się wtedy nie stało, ale to były takie sytuacje, które bardzo silnie podziałały na moją pewność siebie.

Sandra: Już naprawdę niedługi czas dzieli nas od premiery Twojej płyty „Melancholia”. Czego możemy się po niej spodziewać?

Marta: Na pewno będzie to moja autobiografia, przekrój mojej twórczości od 15-ego roku życia do teraz. Jako, że ta płyta tak długo wychodzi to zdecydowałam, że mogłabym dać same nowe piosenki, ale nie chcę. Uważam, że te stare też zasługują, aby się tam znaleźć, więc lista piosenek będzie chronologiczna. Będzie się zaczynać od „Ciemno”, a kończyć na piosence, którą napisałam ostatnio. To będzie moja historia, do każdego utworu na płycie będzie też parę słów ode mnie, jaki to był właśnie etap w moim życiu. Bo to nie jest tak, że piszę piosenki jedna po drugiej. U mnie musi się coś wydarzyć, żeby ze mnie to wyszło. We mnie się to zbiera i gdy następuje moment kulminacyjny i powstaje piosenka, to jest taką krechą odcinającą od przeszłości. Każda piosenka z tej płyty jest dla mnie ważna i ja to widzę w głowie w postaci takiej drogi, a nie tylko listy piosenek rzuconych byle jak. To będzie takie wszystko zebrane i przemyślane.

Sandra: Płytę promuje niedawno wydany teledysk „Lot na Marsa”. Opowiedz proszę o powstawaniu tego klipu. Jak ciężki jest kostium astronauty?

Marta: Nie dość, że było mi potwornie gorąco, cały czas odklejały mi się te rury. Ten strój był z lat 70-tych, z wytwórni filmów fabularnych, więc to jest taki fajny eksponat, ale te rury były na potrzeby teledysku doklejane więc one mi się ciągle odczepiały i zwisały, odstawały. Jak szłam ulicą to dzieci pokazywały mnie sobie palcami. Zdałam sobie sprawę, że wyglądam przerażająco, sama bym się pewnie wystraszyła, jakbym zobaczyła siebie z boku. Nagrywaliśmy koło placu zabaw i dziecko wyszło stamtąd z miną, jakby się miało rozpłakać. Więc bardzo ciężko się w tym chodziło, nie wiem ile to ważyło kilogramów, ale było też przede wszystkim za duże na mnie. Jeszcze reżyser mi radził, żebym chodziła tak, jakby mnie przyciągało jeszcze bardziej do ziemi, żeby wyglądało to lepiej w slow motion, więc musiałam iść na takich ugiętych nogach. Po takim spacerku czułam się jak w saunie i na siłowni na raz.

Sandra: Czy postać z różowymi włosami z teledysku jest nawiązaniem do pewnej postaci medialnej?

Marta: Akurat różowa peruka to nie jest mój pomysł, a charakteryzatorów i stylistki. Natomiast myślę, że przekaz jest dosyć jasny. Jeżeli ktoś go nie zrozumiał to może go interpretować jak chce. Ja mam wrażenie, że jaśniej nie dało się tego pokazać.

Sandra: Studia, muzyka, występy, wywiady… Masz czas dla siebie?

Marta: Mam. Dla mnie właśnie muzyka i studia paradoksalnie są czasem dla siebie. Bo na studiach, na zajęciach robię to co mnie interesuje, czyli albo oglądamy filmy, albo kręcimy filmy, albo rozmawiamy o filmach, więc odpoczywam wtedy. Chyba, że jest angielski albo historia sztuki, ale zawsze są przedmioty, które po prostu muszą być i psują nam zjazd. Tworząc muzykę też odpoczywam, dla mnie to jest czas dla siebie. Ostatnio postawiłam wszystko na jedną kartę. Przez ostatnie półtora roku pracowałam. Najpierw w kinie, potem w escape roomie, a teraz odważyłam się i rzuciłam wszystko. Rzuciłam się na głęboką wodę i nie pracuje już, skupiam się wyłącznie na muzyce. I tego czasu mam po prostu mnóstwo, bo w momencie gdy pracowałam, a jeszcze coś z muzyką robiłam to było naprawdę ciężko, ciągnąć i studia i wszystko. Teraz jest OK. Jak za niedługo nie będę miała z czego kupić chleba to zmienię zdanie, ale na razie jest dobrze.

Sandra: Zbliża się sesja, ale zaraz potem wakacje. Zdradzisz, jak zamierzasz je spędzić? Pojawisz się na którymś z festiwali?

Marta: Może wstyd się przyznać, ale nigdy nie byłam na żadnym festiwalu. Ostatnio Lana del Rey była w Krakowie, Lorde na Open’erze. Kocham te osoby, ale mam wrażenie, że jestem bliżej nich jak siedzę z lampką wina u siebie w pokoju ze słuchawkami, sama, niż na koncercie. Mam dziwny opór przed koncertami. Byłam na trzech w życiu, takich dużych – Justin Timberlake Ed Sheeran i na Piotrze Rubiku. No i na swoich, ale one nie były duże. Uwielbiam muzykę na żywo, ale jak jest tak dużo ludzi mam wrażenie jakieś rozczarowanie mnie łapie. Ludzie śpiewają, a ja mam ochotę posłuchać tego artysty. Ale wiem, że muszę to złamać, bo ludzie mówią, że mnie coś omija. Widzę potem te nagrania i żałuję, ale nigdy nie mogę się zebrać.

Sandra: A z drugiej strony – wyobrażałaś sobie jak byłoby stanąć przed festiwalową publiką i samej zagrać?

Marta: A to już jest co innego. (śmiech) Niby też jest jakiś lęk, ale to już jest przyjemne, no bo to jest dawanie muzyki z siebie ludziom, zwłaszcza jak się widzi, że oni słuchają, to jest zupełnie inne uczucie, nieporównywalne. Z tej strony bardzo mi się marzy taki Open’er.

Komenatrze

komentarz