Kiedy przeszło dwa lata temu oddawałam w wasze ręce wpis z trzema recenzjami (wówczas) debiutantek, gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, że świat najszybciej zapomni o Jillian Banks. Bo za grzeczna. Bo za mało odważna. Bo będąc artystką zaczynającą jak The Weeknd nie szło wyobrazić sobie jej w podbijających chartsy popowych hymnach pokroju jego „Can’t Feel My Face”. A tymczasem nowe single MØ nie cieszą się dużym zainteresowaniem, a FKA twigs dawno już z niczym premierowym się nie pojawiła, pretendując do miana chwilowej internetowej sensacji. Za to BANKS wydaje drugi album, zwyczajowo nazywanym największym sprawdzianem dla wykonawcy.

To nie moja muzyka się zmieniła, lecz ja sama – tak w jednym z udzielonych niedawno wywiadów mówiła wokalistka. Rewolucji w brzmieniu nie ma, gdyż „The Altar” jest naturalnym następcą „Goddess”. BANKS wciąż miesza alternatywne r&b z elektroniką i dark popem. Niespodzianki nie są domeną Amerykanki, co jednak nie przeszkadza w zasłuchiwaniu się w jej najnowszych kompozycjach. Chwilami jednak ta powtarzalność zaczyna mnie męczyć. Lekiem na nią są przyjazny, nieraz lekko zniekształcony wokal BANKS i tematy, które porusza w swoich utworach. Jej piosenki są opowieściami m.in. o kobiecości, wychodzeniu z depresji i odnajdywaniu samego siebie.

Album otwiera piosenka, która miałaby szansę stać się nie małym przebojem. Od jaśniejszego refrenu „Gemini Feed” ciężko się bowiem uwolnić. Na mnie jednak większe wrażenie robi kolejna propozycja BANKS – prowokująca tytułem „Fuck With Myself”. Lubię wokalne zabawy artystki w tej kompozycji oraz jej oszczędny podkład. Utwór jest jedną z najlepszych pozycji na „The Altar”. Do grona moich ulubieńców zaliczają się także „Trainwreck”, „Judas”, „Poltergeist” i „To the Hilt”. Pierwsza z nich jest popisem mocnego, seksownego r&b. „Judas” celuje w podobne klimaty, lekko rozcierając je zmysłowym, wzdychającym refrenem. „Poltergeist”, niczym tytułowy duch, burzy nieco spokój płyty, będąc mroczną produkcją wzbogaconą męskimi chórkami.

Szybko zauroczyła mnie zaaranżowana na pianino ballada „To the Hilt”, w której za każdym razem porusza mnie kruchy, pełen niepewności głos BANKS. Kompozycja byłaby idealnym zwieńczeniem przygody z „The Altar”, lecz wokalistka na sam koniec upchnęła jeszcze męczącą power ballad „27 Hours”, do której nie potrafię się przekonać.

Warto sięgnąć po równe, będące udanym popowym nagraniem „Lovesick”, oraz wolniejsze i sprawiające wrażenie ponurego utworu „Weaker Girl”. Sporo problemów sprawia mi „Mother Earth” – chyba najbardziej osobista piosenka na nowej płycie BANKS. Są smyczki, w tle pogrywa gitara akustyczna, a Amerykanka wyśpiewuje kolejne wersy smutnym głosem. Jednak razi mnie trochę infantylny refren, a zachwycają gorzkie zwrotki.

„The Altar” jest dokładnie taką płytą, jakiej się od BANKS oczekiwało. Równą oraz przynoszącą nam parę mocniejszych kawałków, poprzecinanych gdzieniegdzie balladowymi numerami. Podoba mi się ta tajemnicza aura wokalistki. Nigdy nie wiemy o niej wszystkiego. Niby trochę się w swoich kompozycjach otwiera, ale stawia pewne granice. Proponowana przez nią muzyka ponownie stoi na wysokim poziomie, ale już nie ma tego efektu „wow”. Dwa lata temu pojawienie się BANKS było jak powiew świeżego powietrza. Łatwiej było się tym zachłysnąć. Dziś takie brzmienie spowszedniało i nieco mi się przejadło.

 

 

Recenzja pochodzi z bloga The-Rockferry. Zapraszam do przeglądania strony, na której znajdziecie ponad 700 różnych recenzji i innych muzycznych tekstów.

Komenatrze

komentarz