Festiwali muzycznych unikałam jak ognia, bo od kiedy pamiętam – wybierałam solowe koncerty zespołów, by w pełni docenić twórczość. Jednak gdy organizatorzy Orange Warsaw Festival ogłosili, że na tegorocznej edycji pojawi się Sam Smith, moje wątpliwości całkowicie się rozwiały i decyzja zapadła. Czy była słuszna i które koncerty najbardziej przypadły mi do gustu? Sprawdźcie w relacji!


DZIEŃ I.

Pierwszy dzień festiwalowy rozpoczął się od koncertu Sonar, których z nazwy kojarzyłam i szczerze nie pokładałam wielkich nadziei co do ich występu. Była to jedna z największych pomyłek tego weekendu, bo namiot – rozgrzany do czerwoności nie tylko ze względu na panującą temperaturę – wypełniony był praktycznie po brzegi, a pomimo braku znajomości tekstów, właściwie natychmiast udzieliła mi się koncertowa atmosfera.

Scenę główną otworzył O.S.T.R., który podczas grania utworów z dwóch najpopularniejszych albumów (Życie po śmierci & W drodze po szczęście) regularnie schładzał fanów, polewając ich wodą. W czasie godzinnego występu nie zabrakło także starszych przebojów jak chociażby  Tabasko. Na Warsaw Stage pojawił się duet Rebeka – przy elektronicznych dźwiękach połączonych z popem bawiła się również całkiem spora publiczność. Na pewno na uznanie zasłużył wspólny wykon Unconscious z Justyną Święs, który zaskoczył nie jednego fana.

Szczerze przyznaję, że nie lubię śpiewających kobiet, dlatego na koncert Duy Lipy poszłam z pewnymi obawami. Młoda wokalistka poradziła sobie jednak doskonale, o czym świadczy opinia publiczności, która zgodnie twierdziła, że występ był o niebo lepszy niż zeszłoroczny na Open’erze. Dopracowanemu układowi tanecznemu towarzyszyły również niespodzianki – fani wrzucili na scenę tęczową flagę, z którą Brytyjka dumnie prezentowała się przez dalszą część występu.

Uwielbienia dla Ralpha Kaminskiego nie kryję, dlatego o jego występie mogę jedynie powiedzieć, że jak zwykle był dopracowany od początku do końca. Zaraz po tym emocjonalnym koncercie nadszedł czas na następny, bo na main stage’u pojawił się Sam Smith. Brytyjczyk zagrał zarówno hity z debiutanckiego krążka, jak i tego niedawno wydanego. Całemu koncertowi towarzyszyła przyjazna atmosfera, bo wokaliście uśmiech nie zszedł z twarzy nawet na sekundę – dodatkowo długie anegdoty i historie sprawiały, że grane utwory jeszcze lepiej się przyswajało.

Pierwszy dzień Orange zamknęły występy Nines, LCD Soundsystem Rasmentalism – ciężko było odnaleźć mi się na ich koncertach, ponieważ nie przemawiała do mnie za specjalnie twórczość tych trzech wykonawców. Jednak nie da się ukryć, że na festiwalu udziela się atmosfera zabawy, dlatego ciekawym doświadczeniem było usłyszenie na żywo odpowiednio brytyjskiej, amerykańskiej i polskiej formacji.

 

DZIEŃ II.

Drugi dzień polskim akcentem rozpoczął Baranovski, którego utwory idealnie wpisały się w letni, festiwalowy klimat. Od początku byłam ciekawa jak zaprezentuje się na żywo i zdecydowanie był to dobry koncert. Następnie na mainie zaprezentował się Taco Hemingway, który pod sceną zebrał więcej fanów niż chociażby amerykański raper Tyler, The Creator grający kilka godzin później. Podczas kilku numerów towarzyszył mu Quebonafide, z którym stworzył projekt Taconafide. Niestety, polski twórca zupełnie do mnie nie przemawia, a jego fenomen jest dla mnie niezrozumiały.

Na małej scenie zaprezentowała się Mery Spolsky – określana jednym z ciekawszych debiutów ubiegłego roku. Wokalistce na pewno nie brakuje odwagi, bo występuje sama, bez pomocy zespołu. Pełna wdzięku, energii i radości przyciągnęła tłumy, które głośno śpiewały wszystkie teksty. Po Mery na scenie pojawił się wcześniej wspomniany, non stop skaczący, Tyler.

Na Warsaw Stage premierowe utwory, w klimacie alternatywnego rocka, zaprezentowała  Marcelina. Oprócz najnowszych numerów zaśpiewała ona także swoje najpopularniejsze piosenki (chociażby Nie mogę zasnąć). Następnie na Orange Stage wystąpiła gwiazda wieczoru, na którą przyszła większość festiwalowiczów dnia drugiego. Koncert Florence + The Machine  opisałabym jednym słowem – ADHD. Za wokalistką trudno było nadążyć i to dosłownie, bo obecna ochrona momentami miała problem, by dogonić biegającą wzdłuż i wszerz sceny Florence, która wciąż utrzymywała kontakt z fanami. Fanami, którzy byli doskonale przygotowani – uzbrojeni w tony brokatu, wianki i kwiaty mieli w zanadrzu także akcję koncertową. Nie tylko przytulała zebranych (najtłumniej podczas dwóch dni!) fanów muzyki, ale wymieniała się z nimi wiankami czy odbierała flagi.

Na mniejszej scenie zaprezentowały się jeszcze dwie polskie formacje: Mela Koteluk The Dumplings. Oba koncerty były kwintesencją tego, jak dobrze rozwija się rodzima scena muzyczna. Podczas obu występów publiczność wręcz wylewała się z namiotu, co świadczy o wysokim poziomie reprezentowanym przez zespoły. Te dwa polskie akcenty dzielił występ szwedzkiego duetu, Axwell Λ Ingrosso, który pomimo obaw publiczności pojawił się na festiwalu, z lekkim opóźnieniem. Dzięki elektronicznym brzmieniom publika roztańczyła się na dobre – podczas największych hitów takich jak More Than You Know czy Sun Is Shining zobaczyć można było niespotykane ilości konfetti czy buchających ogni. Zdecydowanie było to idealne zakończenie dwudniowej imprezy.

To było moje pierwsze spotkanie z Orange Warsaw Festival i pomimo kilku niemuzycznych niedociągnięć (jak np. ogromne kolejki do mało zróżnicowanych! foodtrucków i stref z napojami czy nieco pokrywające się koncerty) na pewno z wielką przyjemnością na niego wrócę!


Więcej:

Orange Warsaw Festival na Facebooku

Strona WWW

 

Komenatrze

komentarz