Ten koncert mógł się nie odbyć. Wokalista australijskiej kapeli Tame Impala, Kevin Parker, na kilka godzin przed jego rozpoczęciem wrzucił do Internetu zdjęcie, na którym widać, jak zajmują się nim festiwalowi medycy. Dzięki ich pomocy artysta wraz z kolegami mógł stanąć na głównej scenie. Zespół zawsze cieszył się niemałą popularnością, ale w ubiegłym roku – po wydaniu chwalonego wszerz i wzdłuż albumu „Currents” – fanów Australijczyków znacznie przybyło. Przyznam szczerze, że psycholdeliczno-rockowo-elektroniczna muzyka grupy średnio mnie do siebie przekonała. Jest poprawna. I tyle. Skoro jednak koncertowe wersje potrafią podciągnąć w górę nawet najsłabszą piosenkę, to Tame Impala nie musieli obawiać się wpadki, bo mimo wszystko ich kompozycje nie schodzą poniżej pewnego poziomu. Co usłyszeliśmy? Swój set zespół podzielił niemalże po równo między „Currents” (m.in. „Let It Happen”, „The Less I Know the Better”, „Nangs”) i wydane w 2012 roku „Lonerism” (m.in. „Elephant”, „Why Won’t They Talk to Me?”, „Feels Like We Only Go Backwards”). Całość dopełniły dwie piosenki z „InnerSpeaker” oraz cover „Daffodils” Marka Ronsona. Zachwycała oprawa koncertu, na którą złożyła się gra świateł oraz kolorowe konfetti, które na tłum poleciało kilka chwil po rozpoczęciu show.

 

Więcej o pierwszym dniu Open’era przeczytacie po kliknięciu na obrazek: