Zobaczyć Dawida Podsiadło na żywo chciałam od chwili, gdy wydał swój pierwszy singiel, który udowodnił mi, że chłopak ma głowę na karku i nie da sobie wcisnąć banalnych utworów. W końcu nadarzyła się okazja (wcześniej Dawida widziałam jedynie w roli gościa na występie Patrick the Pan na Open’erze). Podsiadło to chłopak pełen sprzeczności. Z jednej strony uroczo nieśmiały, z drugiej podczas koncertów przemienia się w performera z krwi i kości. Lubiący dowcipkować między piosenkami, rozśmieszać publiczność i szaleć po całej scenie, zatracając się w muzyce.

Koncert Dawida to widowisko, które śmiało można pokazywać na dobrych zagranicznych festiwalach. Gra świateł, wspaniałe aranżacje, kontakt z publiką i charyzmatyczny, świetnie śpiewający wokalista – ciężko się do czegokolwiek przyczepić. Piosenki, które usłyszeliśmy na Placu Wolności, w większości pochodziły z wydanego pod koniec 2015 roku albumu „Annoyance and Disappointment”. Nie zabrakło więc m.in. „Forest”, „Focus”, „Block” czy mojego ulubionego „Where Did Your Love Go?”. Publiczność jeszcze lepiej reagowała na polskojęzyczne utwory z tego wydawnictwa: „Bela”, „Pastempomat” i „W dobrą stronę”. Nie mogły nie pojawić się i starsze numery, którym Podsiadło zmienił aranżację, by brzmiały świeżo i pasowały do reszty piosenek. Wyróżnić chciałabym pulsującego „Nieznajomego” z ostrą końcówką oraz taneczne „Trójkąty i kwadraty”, w które Dawid wplótł „Get Lucky” Daft Punk. To niejedyny cover, jaki tego wieczoru wokalista nam zaprezentował. Na bis zostawił sobie bowiem „Lullaby” z repertuaru The Cure. Tego kolesia każdy choć raz powinien zobaczyć „w akcji”.