Kiedy jej koledzy i koleżanki po fachu wyruszają nagrywać swoje płyty w komfortowych, spokojnych warunkach za Oceanem, ona szykowała się na wyprawę do miejsc, które nie cieszą się popularnością i nie są tłumnie odwiedzane przez turystów. Nowy, dziewiąty studyjny album brytyjskiej ikony muzyki alternatywnej, PJ Harvey, powstawał m.in. w Kosowie i Afganistanie. Odwiedzenie tych omijanych, niezbyt bezpiecznych terenów zaowocowało porcją gorzkich, malowanych w czarnych barwach kompozycji.

Oczekiwania co do nowego krążka Harvey były bardzo wysokie. Spora w tym zasługa wydanego przed pięcioma laty albumu „Let England Shake”, który nie dość, że dobrze „się sprzedał”, to jeszcze zebrał wyśmienite recenzje. Płyta jest porcją porządnego, zahaczającego o folk rock materiału, choć moją uwagę wciąż bardziej przyciągają „To Bring You My Love” i „Is This Desire?”, które ukazały się w latach 90. Wymagają ode mnie większego zaangażowania i skupienia.

„The Hope Six Demolition Project” jest trzecim z kolei albumem, nad którym PJ Harvey pracowała z Floodem i Johnem Parishem. Obaj panowie odpowiedzialni są nie tylko za muzykę, ale i (do spółki z Mickiem Harvey’em i paroma innymi osobami) robili chórki. Dobrze ich wkład słychać na „Let England Shake”, a jeszcze lepiej na tegorocznym wydawnictwie. Do tego stopnia, że w niektórych piosenkach bardziej podobają mi się ich przyśpiewki, aniżeli wokale Polly Jean. Spore wrażenie robią pochmurne, reportersko-poetyckie teksty. Sądziłam jednak, że słuchaniu nowych piosenek Brytyjki towarzyszyć mi będzie uczucie dyskomfortu. Tymczasem „The Hope Six Demolition Project” wchodzi z łatwością. Jak mało które wydawnictwo PJ.

Płytę otwiera wpadające w ucho nagranie „The Community of Hope” – krótkie, sympatyczne, ale nie należące do najlepszych utworów na albumie. O to miano zaś ubiegać się może kolejna pozycja na trackliście. Surowsze i mroczniejsze „The Ministry of Defence” przecinane jest co chwilę ostrymi dźwiękami gitary. Pozornie pogodniej robi się za sprawą „A Line in the Sand”, które w pamięci zostaje za sprawą wędrówek głosu PJ w wyższe rejestry. Jako ciekawostka – pomysł dobry. Rozciągnięcie tego na cały numer męczy. Na szczęście w „Chain of Keys” wokal Harvey wraca na właściwe tory. Cała piosenka sprawia wrażenie monotonnej, ale właśnie ten brak nagłych zwrotów akcji wychodzi jej na dobre.

Od pierwszego przesłuchania zachwyca mnie „River Anacostia” – kompozycja prostsza, posiadająca wspaniałe zakończenie, w którym do głosu na dłużej dochodzi męski chórek. Sporą rolę odgrywa on także w „Near the Memorials to Vietnam and Lincoln” (dobry kawałek na koncerty) oraz „The Orange Monkey”. Do gustu przypadło mi nagranie „Medicinals”, będące najwyrazistszym momentem na „The Hope Six Demolition Project”, mimo zakończenia „z innej bajki”. Końcówka płyty wypada nadzwyczaj dobrze. PJ Harvey serwuje nam „The Ministry of Social Affairs” z pogrywającym saksofonem (instrument ten pojawia się co jakiś czas i w kilku innych utworach, przez co skojarzenia z tegorocznym wydawnictwem „Blackstar” Bowiego nie są bezpodstawne), ostrzejsze, zahaczające o garage rock „The Wheel” oraz poruszającą balladę „Dollar, Dollar”.

„The Hope Six Demolition Project” jest dla mnie nie tyle płytą, co dziennikiem z długiej, trudnej podróży szlakami, na których ciężko spotkać roześmianych turystów, robiących co chwilę pasujące na Instagrama zdjęcia ze swoich wojaży. Razem z PJ Harvey odwiedzamy biedne rejony świata. Wokalistka krytykuje społeczne niesprawiedliwości. Śpiewa o dzieciach, które giną podczas działań wojennych oraz dotykającym ich niedostatku. Porusza tematy współczesne, aktualne, które my znać możemy jedynie z telewizyjnych wiadomości. Artystka wciela się więc w rolę reporterki, jednak cały czas towarzyszy mi wrażenie, iż tematyka i wydźwięk albumu przykrywają jego muzyczną stronę. Stąd taka a nie inna ocena, bo od niektórych wymaga się po prostu więcej.

MOJA OCENA:

Recenzja pochodzi z bloga The-Rockferry. Zapraszam do przeglądania strony, na której znajdziecie ponad 670 różnych recenzji i innych muzycznych tekstów.

Komenatrze

komentarz