Dla wiele osób koncert Brodki był najważniejszym punktem tegorocznego Spring Break. Wokalistka, która karierę – w co ciężko dziś uwierzyć – zaczynała w telewizyjnym talent show (i nagrywała utwory pokroju „Miałeś być” czy „Ten”), stroniła ostatnio od występów, skupiając się na nagrywaniu nowej (pierwszej od 2010 roku!) studyjnej płyty. „Clashes” w połowie maja ujrzy światło dzienne. Poznański koncert był pierwszym, na którym premierowe nagrania artystki wybrzmiały. Słuchaczy ciekawych nowego materiału Brodki było sporo. Nie odstraszył ich nawet deszcz, który bez przerwy padał. Ponura aura w połączeniu z nowym brzmieniem Moniki dobrze zagrała. Ciężko mi stwierdzić, które piosenki z nadchodzącego wydawnictwa rozbrzmiały na Placu Wolności, bo sama wokalistka nie przedstawiała ich po tytułach. Na pewno usłyszeliśmy „My Name Is Youth”, „Up in the Hill” oraz „Horses”. Te dwie ostatnie nawet dwa razy – Brodka przypomniała je na bisach. Nie zapomniała także o starszych utworach – „K.O.”, „Granda” i „Dancing Shoes”. Zmieniła im aranżację, zaskakując publiczność i pokazując, że dobra piosenka może mieć wiele twarzy.

Album „Clashes” zapowiada się bardzo okazale. Podoba mi się to, że Brodka nie kontynuuje przygody z nieoczywistym popem, którą rozpoczęła na „Grandzie”. Nie jest to moja ulubiona polska płyta. Nie słuchałam jej od lat i nie czuję potrzeby, by to zmieniać. Nowe wydawnictwo artystki szybciej do mnie trafi, bo będzie mroczniejsze, gitarowe, hipnotyczne. Oglądając Brodkę na żywo nie mogłam odpędzić myśli, że widzę właśnie polską odpowiedź na St. Vincent – jedną z najfajniejszych postaci kobiecej alternatywy.

Komenatrze

komentarz